INTO THE VOID: Deftones

Gdyby ktoś cztery lata temu powiedział mi, że Deftones będzie jednym z moich ulubionych zespołów to bym go wyśmiał. Wszystko przez moją arogancję i ignorancję. Pierwsze zetknięcie z tymi kalifornijskimi, wrażliwymi chłopcami skończyło się na zagraniu paru riffów z „My Own Summer”. I tyle, reszta płyty nie wydawała mi się ani kapkę ciekawa. A jakże byłem wtedy głupi.

Jest rok 1988. Kalifornijskie słońce piecze półnagich plażowiczów. Po promenadach z amerykańskiego snu przetaczają się chłopcy na deskach. Tak zaczyna się ta opowieść o jednym z zespołów, który zrewolucjonizował podejście do metalu i zdetonował pojęcie piękna. Przed wami nieoficjalny klip, który poruszył stanowczo za wiele serc:

1995. W Seattle nagrywają pierwszy album. „Adrenaline” sprzedaje się w ponad 220 tysiącach egzemplarzy. Cztery lata później sprzedaż przekracza pół miliona, a płyta otrzymuje status złotej. I pomimo tego, że Chino w wywiadach dyskredytuje niektóre z wydawnictw wydaje mi się, że żadne z nich nie podlega krytyce, kolejne płyty to kolejne stopnie uzależnienia, samotności i miłości. Dawkowane w przerażająco dobrych tekstach i podprogowo melancholijnej muzyce.

Wracając ze świata emocji do przyziemnych spraw. Stephen Carpenter, gitarzysta – nauczył się grać podczas kilkumiesięcznego przykucia do wózka inwalidzkiego. Deftones powstało dzięki potrzebie zapełnienia luki. Hobby jest tym co nas nakręca, tym po co wstajemy. Nie ma większego spełnienia niż praca, którą się kocha.

Wpadnij na nasz letni obóz rockowy, może też odnajdziesz sens życia w muzyce 😉 Program jest TUTAJ.

One love for Chi.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany